• Polski

Gdy nastają ciepłe dni, człowiekowi często śpieszno do natury. Do lasu. Nad morze. Nad jezioro. Byle gdzieś daleko od miasta, duchoty i skwaru. Niestety czasem takie wycieczki kończą się w towarzystwie osób, których zachowanie doprowadza człowieka do szewskiej pasji i zamiast odprężać, powodują wielką frustrację i zniesmaczeni jesteśmy zmuszeni wracać do domu.

Dwa dni temu wybraliśmy się z moim Lubym „na wyraj”,  czyli najprościej rzez ujmując – hen w lasy. Mamy takie fajne miejsce nad jeziorem, gdzie można w spokoju i ciszy podglądać przyrodę. Wrzuciliśmy do plecaka lornetkę, kanapki, aparat, jakiś napój i... w drogę! Las jak zawsze przywitał nas kalejdoskopem barw i śpiewem ptaków. Udaliśmy się na ławeczkę obok której dzielnie stoi  tabliczka z logo Unii Europejskiej i mogliśmy już w spokoju obserwować pływające nieopodal perkozy, które dumnie wdzięczyły się przed nami. Wyszłoby ładne zdjęcie. Niestety super aparatu nie mamy. Ba! Nie mamy nawet samochodu – przyjechaliśmy autobusem. Ale przecież nie to jest istotne…

Ach! Jak błogo!

I nagle ryk silnika, słychać radio w którym akurat leci jakiś najnowszy-super-letni-przebój a z auta, które niemal wjechało do jeziora, wysypuje się rozkoszna dwójka maluchów wraz z ich rodzicielami.
„Pięknie – myślę – koniec obserwacji ptaków. Jakichkolwiek ptaków.” Tęsknie zerknęłam na mojego małżonka.
Wśród ogólnego wrzasku rozbrykanych latorośli, głowa rodziny wyciągnęła grilla, mama-  leżaczek i dawaj! Usadowili się nieopodal. Na nasze piekielne nieszczęście.

- Tata! Tata! Ja chcę nenufala! – krzyczy dziewczynka.

- Kochanie, daj Zuzi kwiatka – odpowiada głos z leżaczka.

Ogolony koleś dzielnie wkracza do jeziora i po kilku minutach niesie naręcze „nenufalów” – lilii wodnych, które wręcza córce. Lilie wodne, grzybienie białe( Nymphaea alba) są pod ochroną, ale co tam… przecież jest ich tak dużo w tym jeziorze!
Grill się dymi a po drobnych, latających owadach nie ma już śladu. Nie będzie dziś zapylania. Dziewczynka wije wianek z lilii a jej brat próbuje nakarmić perkozy chipsami. Wszak od zawsze perkozy wcinały chipsy a chrupki normalnie rosną we wodzie i stanowią naturalną bazę pokarmową dla dzikiego ptactwa.

- Mamo, mamo! Znalazłem skarb! – po chwili krzyczy malec i dumnie unosi rączkę z pękniętą butelką po wiśniowym napoju o dość zacnym woltażu przeznaczonym dla mniej zacnych gardeł.

- Cholerni gównarze! Wszędzie śmieci!

I tutaj spojrzał się głupio na nas. Mało, że na gówniarzy nie wyglądamy, to i śmieci dookoła nas nie było.

Ach! Jak wspaniale!

Pani na leżaczku z przejęciem czyta czasopismo o trudach i znojach idealnej gospodyni domowej, pan przy grillu mruczy pod nosem coś, co brzmi podobnie do: „ta cholerna zjarana kiełbaska”, dzieciaki pląsają nad jeziorem między sitowiem i pałkami wodnymi. A niech im jakaś pijawka wejdzie w nogawkę! Albo nie, bo jeszcze okaże się pijawką lekarską (Hirudo medicinalis), która jest gatunkiem chronionym i jest jej… jak na lekarstwo. A może rak? Gdzie tutaj raki?! Raków szlachetnych (Astacus astacus) też już mało. O! Ale może trafią na raka sygnałowego (Pacifastacus leniusculus) – nasz gatunek inwazyjny. Jak uszczypnie będzie znaczek.

Ach! Jak cudownie!

Pacholęta znudziły się taplaniem w błocie i pobiegły pohasać na łąkę. Pani na leżaku zabrała się za intelektualną rozrywkę i z przygryzionym językiem wypełniała krzyżówkę. Łysemu panu chyba w końcu udało się coś upichcić, gdyż do naszych uszu dotarło specyficzne syknięcie otwieranej puszki i głośne mlaskanie (o dziwo głośniejsze, niż muzyka z radio). Z łąki dobiegały „achy i ochy” przeplatane wyrazami takimi jak: żaba, jaszczurka, dziwny wąż. Ale gdy przyszedł czas na dmuchane koła-kaczuszki, krokodylka-materaca i pontonu – nie wytrzymałam.

- Idziemy – mówię do mojego Lubego – nic tu po nas.

Zapakowaliśmy graty i ruszyliśmy na przystanek mijając po drodze tabliczkę z napisem „Rezerwat przyrody”. Na pożegnanie zrobiliśmy zdjęcie… tablicy rejestracyjnej. Mam tutaj znajomego leśnika.

Zadzwonić?

Joanna Merta-Krawczyk

Z wykształcenia biolog środowiskowy i sądowy. Z zainteresowań - bushcraftowiec z zajawką survivalową. Prywatnie i zawodowo – szczęśliwa żona i zoolog z pasją. Od czasu do czasu niezdarna, zapominalska gapa, ale generalnie pozytywnie nastawiona do życia osoba, która każdą wolną chwilę spędza w lesie lub czytając książki. Wieczorami i nocami słucha ciężkiej muzyki popijając przy tym mocne alkohole i zagryzając kaloryczne jedzenie.

artykuły

comments powered by Disqus